piątek, 1 lipca 2016

3.4

Kiedyś postanowiłyśmy sobie z Kaśką sprzeciwić się szerzącej się demoralizacji naszego pokolenia związanej z rozwojem technologii komputerowej i telefonicznej. Podczas gdy nasi rówieśnicy odkrywali niesamowite korzyści płynące z posiadania Facebooka, instagrama i innych odmóżdżaczy, my stosowałyśmy tradycyjne metody w komunikowaniu się i poznawaniu świata. Naszą ulubioną było pisanie listów. Nie wysyłałyśmy ich przez pocztę, tylko osobiście zostawiałyśmy je w skrzynce. Było to głupie, bo równie dobrze mogłyśmy zapukać i powiedzieć sobie wprost to, co napisałyśmy, ale sprawiało nam to ogrom frajdy. Ustaliłyśmy nawet własny szyfr, aby w razie przechwycenia listu przez nieodpowiednią osobę, sprawić czytającemu trudność. Polegał on na tym, że każdą literę zastępowało się kolejną, jaka stoi po niej w alfabecie. Wyraz “dom”, na przykład, dla nas wyglądał “epn”. Nasze imiona natomiast zastąpiłyśmy ksywkami, które w ogóle do nas nie pasowały. Kaśka była Groźną, a ja Okularnicą.
Nasz pomysł długo nie przetrwał i dość szybko wróciłyśmy do Internetu, bo tak zwyczajnie było prościej. Jednak w chwili gdy nie miałyśmy do niego dostępu lub po prostu chciałyśmy wrócić na chwilę do tych beztroskich i szalonych czasów, zostawiałyśmy list w skrzynce, którą zaś przyozdabiałyśmy liściem lub kwiatkiem tak, aby był dość widoczny i dawał znać o nowej wiadomości.
Niezwykłym więc dla mnie zaskoczeniem jest zobaczyć dziś ten widok po raz pierwszy od prawie trzech lat. Podbiegam szybko do skrzynki, by utwierdzić się w przekonaniu, że to, co z daleka wyglądało na kępkę wystającej trawy rzeczywiście nią jest, a następnie jak w transie biegnę do domu po kluczyk, myśląc gorączkowo o tym, co może zawierać treść listu.
Ręce mi się trzęsą, przez co proces wyciągania pustej, niezaadresowanej koperty ze skrzynki wcale nie należy do najłatwiejszych. Kiedy wreszcie mi się udaje, wpadam do domu jak szalona, nieudolnie rozrywając papier. Udaję mi się to dopiero w moim pokoju, a na widok ciągu niezrozumiałych na pierwszy rzut oka słów moje oczy zabiegają się łzami. Roztrzęsiona siadam przy biurku, wyjmuję czystą kartkę, na którą przepisuję list, aby potem móc w całości go przeczytać. Staram się nie myśleć nad sensem przepisywanych przeze mnie słów. Robię to dopiero po skończeniu przepisywania.

Droga Okularnico!
Piszę ten list, bo nie mam odwagi, by znów się z tobą spotkać, a mam Ci do przekazania coś bardzo ważnego. Jak już wiesz, matka dostała pracę w Holandii, gdzie chce z nami zamieszkać, ale nie martw się, ja nie zamierzam się tam tak łatwo zaciągnąć. Do niej również napisałam list (już nie tak uprzejmy i taktowny), w którym namawiam ją do tego, by wyjechała z Jaśkiem beze mnie i się mną nie przejmowała, bo jej nienawidzę i takie tam. Nie wiem jednak, czy mnie posłucha, stąd też moja prośba do Ciebie: musisz zrobić wszystko, co w Twojej mocy, aby nakłonić ją do wyjazdu. Jeśli Ci się to uda, mam też drugą prośbę: zapomnij o mnie. Nie szukaj mnie, nie próbuj się kontaktować, nie mieszaj w to żadnych ludzi. Po prostu zapomnij. Bo to, że nie wyjeżdżam do Holandii, nie oznacza, że zostanę tutaj. Mam pewien plan i uda mi się go zrealizować pod warunkiem, że nie będę miała na karku szukającej mnie policji, więc błagam Cię, dopilnuj, żeby matka nie zgłosiła zaginięcia i po prostu odjechała. Myślę, że mój list do niej jest na tyle dosadny, że powinien załatwić sprawę, ale jeśli nie wszystko leży w Twoich rękach. Mną się nie przejmuj. Ja sobie poradzę. W końcu zawsze musiałam radzić sobie sama. Nic nowego.
Wiem, że proszę o wiele i nawet nie masz pojęcia, jak ciężko mi było zwrócić się do Ciebie o pomoc, po tym co Ci powiedziałam, ale uświadomiłam sobie, że jesteś jedyną ważną dla mnie osobą i tylko na Ciebie mogę liczyć. Proszę Cię, nie zawiedź mnie. Spełnij swój przyjacielski obowiązek i pomóż mi, a obiecuję, że zniknę z Twojego życia na zawsze. Wciąż jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale nie jestem w stanie powrócić do tego, co było dawniej, więc najlepiej będzie, jeśli po prostu odejdę.
Żyj swoim życiem, zakochaj się, ukończ szkołę i bądź szczęśliwa. Z czasem przestaniesz o mnie myśleć, ale wiedz, że ja nigdy o Tobie nie zapomnę. Dziękuję Ci za to, że byłaś dla mnie prawdziwym przyjacielem, a przede wszystkim za to, że nieświadomie nauczyłaś mnie, co to znaczy kochać. Napisałabym na koniec, że całuję Cię i ściskam, ale obie wiemy, jaki miałoby to teraz wydźwięk, więc po prostu trzymaj się!

Twoja na zawsze,
Groźna

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu? Pojebało cię, Kaśka. Przeczytałam tekst kilkakrotnie i za każdym razem myślałam to samo: pojebało ją.
Ona naprawdę chce uciec? I naprawdę sądzi, że może jej się to udać? Cóż za kretyński, idiotyczny, naiwny, samolubny, dziecinny, nierealny, niewykonalny, poroniony pomysł! Aż trudno uwierzyć, że wpadła na niego jedna z lepszych uczennic w klasie. Ta rozsądna, która zwykle myśli zanim coś zrobi. Ta, która wszystkich wkoło krytykuje i poprawia, uważana powszechnie za inteligentną i błyskotliwą. Też mi coś! Infantylność tego pomysłu w połączeniu z trzeźwo myślącą Kaśką sprawia, że chce mi się śmiać, i gdybym nie była tak wstrząśnięta i oburzona, na pewno już tarzałabym się po podłodze w spazmach śmiechu.
Zamiast tego siedzę tylko, wpatrując się tępo w kartkę papieru, jakbym czekała, aż ta powie mi coś jeszcze. Niestety nic więcej nie jestem w stanie z niej odczytać. Mogę mieć tylko nadzieję, że wielkim planem Kaśki jest chłopak, którego spotkała na wagarach. Wtedy wszystko będzie do odratowania. Razem z nim przekonam tę kretynkę, że nie może nigdzie uciec, bo jest jeszcze głupim dzieciakiem, które potrzebuje rodziny, szkoły, domu i normalnego życia, a nie wałęsania się gdzieś samotnie po świecie bez żadnego większego celu. I wpakuję ją do tego samolotu, auta, traktora, czy czym tam ma się dostać do tej pieprzonej Holandii, choćby na siłę, bo mimo tego, że nie chcę się z nią rozstawać, to wolę, by miała zapewnione bezpieczne życie z rodziną, której nie kocha, niż plątała się gdzieś po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia i schronienia.
Tak właśnie zrobię. Tylko im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzi do mnie, że nie zdołam jej przekonać, jak już na coś się uparła. A jeśli jednak jakimś cudem uda mi się wysłać ją do Holandii, pewnie już po tygodniu dostanę wiadomość o jej śmierci. Bo jeśli ktoś, kto kiedyś próbował się zabić, w dalszym ciągu nie jest zadowolony ze swojego życia, będzie próbował odebrać je sobie aż do skutku lub do momentu aż to szczęście osiągnie. Z samobójcami trzeba postępować ostrożnie. Należy przekonać ich, że życie jest piękne, niezależnie od tego, jak wielkim kłamstwem są według nas te słowa. W pewnym sensie czuję teraz na sobie odpowiedzialność za życie Kaśki. Jeśli dojdzie jutro do naszego spotkania, to właśnie ode mnie i od słów, których użyję zależeć będzie, co dalej postanowi.
Najprościej byłoby powiedzieć jej, że ją kocham. Wtedy może zapomniałaby o swoim nieszczęściu, przytłoczona ogromem mojej miłości, i trwałybyśmy razem w lesbijskim, udawanym z mej strony związku aż do końca naszych dni, a ja przez cały ten czas żyłabym w kłamstwie i niezgodzie z samą sobą. Cóż, chyba nie do końca jestem gotowa na takie poświęcenie.
Jest też druga opcja, by uchronić Kaśkę przed samobójstwem, ale co do jej skuteczności nie jestem przekonana. Mogę się tylko domyślać, czy byłoby to dla niej dobre rozwiązanie, godne dalszego życia. A mianowicie chodzi mi tu o tego jej wagarowego chłoptasia, z którym to widziałam się przedwczoraj. Gdyby udało mi się bowiem ich zeswatać, Kaśka wreszcie doświadczyłaby tego cudownego w jej mniemaniu uczucia bycia z kimś w związku, którego od zawsze tak usilnie pragnęła.
No byłoby cudownie, tyle że ten plan ma jedną, dość istotną lukę nie mam bladego pojęcia, czy on jej się w ogóle podoba. Nie miałam okazji z nią na ten temat porozmawiać. Co do uczuć chłopaka natomiast nie mam większych wątpliwości. Gdyby nie był Marleną zainteresowany, to nie pisałby do mnie, nie spotkały się, nie drążyłby tak uporczywie do poznania jej tajemnicy. Ogółem mówiąc, widać, że jest nią w jakiś sposób zaintrygowany i nawet jeśli nie jest to jeszcze nic na kształt miłości, to znajduje się na dobrej drodze, aby ją kiedyś tym uczuciem obdarzyć. I ma nawet moje błogosławieństwo. O ile tylko ograniczy alkohol. Nie pozwolę Kaśce być z kimś, kto ma skłonności do picia. Jednego już takiego alkoholika w życiu miała i więcej nie potrzebuje.
Takimi durnymi myślami dręczę swój umysł całe popołudnie. Czasami dziwię się samej sobie, że potrafię godzinami po prostu siedzieć i myśleć. Niektórzy już dawno by się znudzili i znaleźli zgoła ciekawszą rozrywkę. Mi natomiast nie przeszkadza samotność, wręcz przeciwnie zdążyłam już do niej przywyknąć, oswoić się z nią, polubić.
Nie zawsze jednak jestem sama. Niekiedy bywa tak, że siadam przed lustrem i wyobrażam sobie, że osoba, która na mnie patrzy to siedemnastoletnia Baśka. Oczywiście ona wyglądałaby w tym wieku całkiem inaczej. Wciąż nosiłaby długie, złocistorude fale, twarz ubarwiałaby makijażem, a chudą sylwetkę podkreślałaby kusymi strojami, by przyciągnąć uwagę facetów, a w dziewczynach wzbudzić zazdrość.
Tak ją w moich myślach widzę i z taką Baśką prowadzę nieme rozmowy. Opowiadam jej o moim życiu, a ona słucha z krzywym uśmiechem na twarzy, co chwile chichocząc. Tyle że moja wyobraźnia też ma swoje granice, więc nie jest to zmysłowy śmiech młodej kobiety, tylko piskliwy rechot dwunastoletniej dziewczynki, jaki pamiętam z dzieciństwa. I za każdym razem, gdy słyszę w głowie ten dźwięk, Baśka z lustra na nowo zamienia się w to dziecko. Dziecko, które zostało tak okrutnie potraktowane przez życie i odeszło, zanim zdążyło w pełni go zasmakować. I za każdym razem, gdy to się dzieje, dopada mnie wściekłość, że nie mogę nic zrobić, że nie mogę przenieść się w czasie o te kilka lat i ostrzec siebie przed tym, co ma się stać.
To moja wina. Zabiłam ją i teraz muszę z tym żyć. Znosić jej spojrzenie, jakie przesyła mi w lustrze. Bo choć fizycznie umarła, wiem, że w pełni nie zniknęła. To ona na mnie teraz patrzy. Jestem tego pewna. I mogę próbować zmieniać się ile chcę farbować włosy, robić piercing, golić brwi to nie ma znaczenia. Jej spojrzenie wciąż pozostanie takie samo: osądzające, pełne żalu i smutku, a ja nigdy przed nim nie ucieknę, choćbym nie wiem jak bardzo próbowała.

* * *

Wieczorem wracają rodzice. Nie schodzę do nich, żeby porozmawiać, zjeść wspólnie kolację, spytać jak minął im dzień. Nie czuję takiej potrzeby. Moim planem na resztę tego dnia jest siedzieć we własnym kokonie rozmyślań, które ograniczają się do ewentualnych słów, jakie mogłabym powiedzieć Kaśce, gdyby udało mi się z nią jutro spotkać. Oni jednak przerywają te moje daremne próby. Wtargają do mojego pokoju, co nie jest zjawiskiem codziennym. Prawdę mówiąc, zdarza się to w naprawdę wyjątkowych sytuacjach jak na przykład przekazanie wiadomości o śmierci jakiegoś krewnego, którego ledwo znałam, czy krótka rozmowa wychowawcza na temat drobnego przestępstwa, jakiego się dopuściłam.
Nie wiem, o co tym razem może chodzić, więc zaciekawiona podnoszę wzrok, ale w drzwiach stoi tylko ojciec, a on nigdy dotąd nie zdobył się sam na poważną rozmowę ze mną, więc wpatruję się w niego z coraz większym zaintrygowaniem w oczekiwaniu, aż wreszcie się odezwie.
Wygląda na zmęczonego. Kiedy na niego spoglądam wydaje mi się smutny, choć nie mogę stwierdzić tego na pewno, bo on szybko peszy się pod wpływem mojego spojrzenia i zamyka delikatnie drzwi, po czym przemierza w kilku krokach pokój, by w końcu usiąść sztywno obok mnie na łóżku.
Bije od niego jakaś dziwna niezręczność. Jakby rozmowa z własną córką sprawiała mu kłopot, peszyła go. Chciałabym mu dodać otuchy, pokazać, że przecież nie gryzę, ale nie wiem nawet jak się do tego zabrać. Również jestem jedną wielką kupą niezręczności i nieudolności w okazywaniu emocji. Chyba mam to po nim.
Powiesz mi, co się ostatnio z tobą dzieje? Nie patrzy mi w oczy, kiedy to mówi. Nie bardzo rozumiem, o co mu chodzi i jakiej odpowiedzi ode mnie oczekuje, więc po prostu milczę.
Dzwonili do mnie ze szkoły tłumaczy. Masz mnóstwo uwag, nieobecności… Wzywają nas na rozmowę. Nie wiedzą, co z tobą zrobić.
Sama nie wiem co ze sobą zrobić, przechodzi mi przez myśl, ale wciąż nic nie mówię.
Masz jakieś problemy z koleżankami? dopytuje. Kłopoty sercowe?
Ja nie mam koleżanek, tato wypalam, choć planowałam milczeć.
Ale wewnętrznie aż krzyczę. Ten człowiek w ogóle mnie nie zna. Naprawdę wierzy w to, że jestem przeciętną nastolatką, która wraz z bandą amatorskich dziwek plotkuje w szkolnych kiblach na temat facetów, których udało jej się poderwać na ostatniej imprezie.
Mój problem z koleżankami polega na tym, że ich nie mam, a jedyny kłopot, jaki mogę mieć z sercem, to zastanawiać się, czy w ogóle jakieś mam.
Przestań, to nieprawda mówi speszony A ta Kasia? Może to o nią chodzi? Pokłóciłyście się?
Nie.
Mój ojciec uważa Marlenę za Katarzynę tylko dlatego, że ja nazywam ją Kaśką. Nawet nigdy nie starał się jej poznać, nie pytał mnie o nią, ani też o żadnych innych moich znajomych. Ma gdzieś moje życie prywatne, więc po co w ogóle ta rozmowa? Nagle, po pięciu latach ciszy, włączył mu się tryb dobry ojciec?
Więc jednak chodzi o chłopaka? Posłuchaj, to nie koniec świata, jeśli jakiś facet, który ci się podoba nie…
Przestań ciskam przez zęby, tłumiąc łzy. Zamknij się już, dobra?! Nie wiem, kto kazał ci tu przyjść odbyć tę chorą rozmowę psycholog szkolny, czy matka ale błagam cię, skończ już! Gówno o mnie wiesz i gówno cię to obchodzi! Po prostu nie chcesz mieć problemów, gdyby okazało się, że wywalą mnie ze szkoły, prawda? Myślisz, że tym pieprzeniem możesz coś zmienić prycham drwiąco. Ale wiesz co? Gówno możesz! Jedyne co ci teraz pomoże to iść do szkoły i załatwić problem, sypiąc kasą. Zawsze tak radzisz sobie z problemami, więc leć, na co czekasz?! Szybko! Spierdalaj mi z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć!
Ostatnie słowa wykrzykuję łamiącym się głosem i wybucham niepohamowanym płaczem. Nie chciałam tego. Nie chciałam okazywać przed nim słabości, ale nie mogłam się powstrzymać. Przez te kilka ostatnich dni zdarzało mi się już płakać z emocji, ale płacząc przed kimś, zwłaszcza jeśli ten ktoś jest mi bliski i dobrze mnie zna, czuję się słaba i obnażona; pozbawiona tej niewielkiej władzy, jaką jest zgrywanie twardej suki.
Na szczęście ojciec ma na tyle rozsądku, że nie stara się mnie uspokajać, czy wręcz przeciwnie kłócić się. Po prostu wycofuje się ostrożnie z pokoju, posyłając mi zlęknione spojrzenie, jakby wreszcie uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, kim tak naprawdę jest jego córka.

__________________________________

Eh, ja jak zwykle z opóźnieniem... ten i kolejny rozdział miały się tu pojawić przed wakacjami, no ale jak widać nie pykło xD Ale postaram się dodać ostatni rozdział pierwszej części mniej więcej za tydzień, choć nie obiecuję.
I wiem, że mam mnóstwo zaległości na waszych blogach, ale ostatnio mam takiego lenia, że nawet normalnych książek mi się nie chce czytać. Ba! Ja nawet filmów już z napisami nie oglądam, co to się dzieje ze mną...

10 komentarzy:

  1. W porządku ;) Nie spiesz, się, ja mogę poczekać xd Byle tylko się pojawił!
    O Boże, jeśli Marta zeswata Kaśkę i Pawła to będę cie wielbić dziewczyno <3 omg
    Ale strasznie mi żal Marty, tej sytuacji z jej siostrą i wgl... Taka dupa z tego życia, nie?
    Pozdrawiam
    BookGirl

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoje opowiadanie jest tak strasznie prawdziwe... nie jak te bestsellery z empika, okrzyknięte "najlepszymi roku 2016".
    Przyznam, że oprócz sprawy z przyjaciółką, czasem naprawdę czuję się jak Marta. Dziwne uczucie.
    Weny!
    Ireth

    OdpowiedzUsuń
  3. Natchnęło mnie, żeby wejść na Twojego bloga, a tu miłe zaskoczenie w postaci rozdziału.
    ,,Instagraam'' także wielką literą. Odmóżdżacze, ach, nagminnie tego określenia określa mój wuefista/sąsiad. Mocny ten Twój powrót. Końcówka bardzo emocjonalna, ale to chyba największa zaleta tego opowiadania.
    Pozdrawiam.
    kot-z-maslem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Już wiem jak to się skończy: Marta i Paweł będą razem, a marta znajdzie jakiegoś przystojniaka, który uratuje ją od depresji, tak ? xd
    Pf, haha. Za dużo czytania romansideł i oglądania filmów >.<
    Rozdział jak zwykle świetny. Strasznie podoba mi się ten tajemniczy szyfr i listy :)
    Pozdrawiam
    FotoReporterka :)
    http://zdjeciapelneinspiracji.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, nie! Marlena i Paweł będą razem :3 Pomyliły mi się "M" xd

      Usuń
  5. Bardzo podobało mi się to wprowadzenie o listach. Im więcej przytaczasz takich wspomnień z przeszłości, tym lepiej widać siłę tej przyjaźni. Widać, że te dziewczyny naprawdę były przyjaciółkami. I to nie takimi, co to ciągle wypisują do siebie sms-y i oprócz tego nic. Tworzyły wspólny świat, miały wspólne sprawy, wspólne zamiłowania... Nawet wspólny język! (Swoją drogą, fajny pomysł na kodowanie listów;D Czytasz godzinę, ale za to jaka zabawa!). I coraz bardziej mi przykro, że teraz to wszystko tak się pokopało...
    Ale zaskoczyłaś mnie (na plus) postawą Marty po przeczytaniu listu. Myślałam, że będzie chciała wypełnić prośbę Kaśki. No bo przyjaciółka, bo prosi, bo chce zostać sama, bo jestem jej to winna itp itd. A Marta podeszła do sprawy jak osoba dorosła i odpowiedzialna. I ma chyba trochę więcej oleju w głowie. Albo po prostu sprawa siostry ją czegoś nauczyła. Dobrze, że chce pomóc Kaśce, ale dobrze, że zamierza zrobić to w inny sposób niż ona by chciała. Bo ucieczka to nie jest wyjście. Za co Kaśka będzie jeść, gdzie mieszkać, w co się ubierze gdy przyjdzie zima? Będzie przemierzać ulice miasta z walizką? Średnia perspektywa... Także plus dla Marty za podjętą decyzję!
    Bardzo podobał mi się też ten fragment o spoglądaniu w lustro i widoku zmarłej siostry. Świetnie oddałaś emocje Marty i tę wizję przeszłości, która ciągle nad nią wisi.

    Bardzo niecierpliwie czekam na kolejny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale ta Kaśka ma durne pomysły! Chce uciec, ale nie wie, że to nie jest najlepszy pomysł i przyjaciółka ma dla niej zupełnie inny scenariusz. No i dobrze! Brawo dla Marty za taką decyzję, bo kto inny na jej miejscu przeczytałby list, zezłościł się i spełnił wszystkie prośby. Marta jednak podjęła inną decyzję i chwała jej za to!
    I w ogóle ciekawy pomysł w dobie internetu - listy. Zawsze jakiś oryginalny sposób na przyjaźń.
    Szkoda, że Marta ma ojca jakiego ma... widać nie bardzo go interesuje życie córki, a pytania zadane były tylko i wyłącznie przez kłopoty, które ma w szkole. Zero szczerej rozmowy, zero jakichś rad, pocieszenia. Ot, taka sucha rozmowa o niczym. Nic dziwnego, że Marta wpadła w szał...

    OdpowiedzUsuń
  7. W sumie fajny pomysł z tym szyfrem. Iście genialny, jeżeli chce się zachować prywatność. Szkoda, że tak szybko go porzuciły, ale nie da się zaprzeczyć, że Internet jest szybszym rozwiązaniem.
    Kaśka jest taka durna! Czy ona myśli, że ucieczka rozwiąże jakiekolwiek problemy? Marta ma rację - jej przyjaciółka postradała zmysły. Tylko czy w takim przypadku można jeszcze coś uratować?
    Eh, mam nadzieję, że tak.
    Ojciec Marty jest trudną osobowością. Może to przez wzgląd na przeszłość, ale zupełnie nie zapewnia córce wsparcia. Widać, że dziewczynie brakuje takich szczerych rozmów...

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem fajny pomysł z tym szyfrem.Przynajmniej nikt nie powołany nie wie o co chodzi. Mam jednak nadzieję, że Marcie uda się powstrzymać Marlenę przed ucieczką.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń