piątek, 8 lipca 2016

3.5

To była długa, nieprzespana noc. Pełna nowych rozmyślań i bezsensownego rozpamiętywania przeszłości dogłębna analiza i interpretacja mojego życia. Co autor miał na myśli? Jaki sens był w stworzeniu takiego człowieka jak ja? Czy jestem stworzona do jakichś wyższych celów? Jestem czyimś pragnieniem? Siłą napędową do cudzych działań? Sensem czyjegoś życia? A może zwykłym żartem, pomyłką genetyczną, która nigdy nie miała prawa zaistnieć? Co pomyślała moja matka, kiedy po urodzeniu ślicznej córeczki, usłyszała od lekarza, żeby przeć dalej?
Co to jest?! Jej miało nie być, to jakaś pomyłka! Gdzie w tym wszystkim sens?
Nie wiem, proszę pani. Nie nauczyłam się na dzisiaj. Poproszę jedyneczkę.
Gdyby moje życie było klasówką z polskiego nie zdałabym. Czuję, że je marnuję, nie potrafię go w pełni wykorzystać, że coś robię nie tak, czegoś wciąż mi brakuje. Inni ludzie zaliczają wzloty i upadki, przez co codziennie się czegoś uczą. Moje życie przypomina zaś jedną, prostą linię, bo mam wrażenie, że nic, co mi się w nim przydarza, nie wpływa na to, jaka jestem. Wszystko spływa po mnie jak po maśle, nic mnie nie rusza, nie wpływa na mnie znacząco.
Tak przynajmniej było do teraz. Dzisiaj, idąc brzegiem rzeki i obserwując otaczający mnie świat, czuję, że coś się zmieniło, że ta kreska nieznacznie się poruszyła, że coś wreszcie zaczęło się dziać, tylko nie do końca rozumiem, co to wszystko może dla mnie oznaczać.
Spaceruję brzegiem Wisły. Jest wcześnie rano. Nigdy przedtem nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak pięknie może wyglądać przyroda o tej porze dnia. Wszystko jest jakby zamglone, ciche. Pierwsze promienie słońca delikatnie przedzierają się przez osłonę drzew, by móc osiąść nieśmiało na mojej skórze. Kiedy przymykam oczy, słyszę melodyjny śpiew ptaków w akompaniamencie szumu wody i wiatru, a gdy je otwieram, mogę zobaczyć jak kolorowe liście powiewają smętnie po ziemi, niesione przez wiatr. Przypomina mi się, że jesień to jej ulubiona pora roku. Uśmiecham się.
Nie ma jej. Nie ma jego. Prawdę mówiąc, nie ma tu nikogo: tylko ja i rzeka. Przez głowę przebiega mi głupia myśl, że chłopak specjalnie podał mi złe miejsce spotkania, żeby mieć Kaśkę tylko dla siebie. Żeby ją zabrać gdzieś daleko stąd, zmusić do rzeczy, których nie chce robić albo sprzedać złym ludziom, zrobić uczciwy przetarg Kaśka za marihuanę. Wyglądał na takiego, co lubi zapalić. Ale zaraz ta myśl się rozwiewa, zastępuje ją ta bardziej rzeczywista: nie ma ich tu, bo jest za wcześnie, bo ich myśli pozwalają im na spokojny sen, przez co nie są zmuszeni wyjść na zewnątrz, by nie dostać pierdolca od ciągłego wiercenia się w łóżku i analizowania swojego istnienia.
Nie uważam się za człowieka cierpliwego, a mimo tego teraz nie przeszkadza mi bezcelowość mojego wałęsania się po mieście. To pomaga mi odciągnąć myśli ode mnie, mojego gównianego życia, od szkoły, rodziny, Kaśki i tego, co teraz z nami będzie. Zamiast rozmyślania obserwuję ludzi. Zastanawiam się, jakie oni mogą mieć problemy, co ich trapi o siódmej nad ranem w sobotę, która powinna być dla nich dniem odpoczynku w domu, z ludźmi, których kochają. Nie wszystkim jednak dany jest taki los. Niektórzy po prostu są samotni lub też uparcie dążą do samotności, wiecznie uciekając od ludzi, którzy przecież pragną dla nich jak najlepiej.
Potrzeba bycia kochanym jest jedną z największych potrzeb człowieka jak mawiała moja nauczycielka od WOS-u stawiana na równi z potrzebą jedzenia i bezpieczeństwa. A mimo tego niektórzy ludzie uciekają od tej miłości, boją się jej. To tak jakby bać się kanapki z szynką, kiedy jest się głodnym, czy pięciogwiazdkowego hotelu, będąc bezdomnym. To irracjonalne. To chore. Powinno się to leczyć. Ja powinnam się leczyć.
Mam wrażenie, jakby czas przestał istnieć. Nie wiem która godzina, ale wcześniej nastawiłam sobie budzik, żeby nie przegapić czasem momentu jej całkowitego zniknięcia z mojego życia, więc póki nic nie dzwoni, nie patrzę nawet na telefon. Po prostu spaceruję, po prostu obserwuję, robiąc co jakiś czas krótkie przerwy, kiedy czuję, że chodzę za długo.
Ostatecznie trafiam znowu na miejsce nad rzeką, w którym rzekomo mieli się spotkać, z zamiarem przeczekania tam reszty poranka, ale okazuje się, że wcale nie muszę już czekać. Momentalnie ją zauważam, Siedzi na trawie. Patrzy gdzieś w dal. Pali papierosa. Ma przy sobie niewielką torbę podróżną. Widzę tylko jej profil i tylko z daleka, ale to wystarcza mi, by mieć pewność, że jeszcze mnie nie zauważyła. Próbuję więc podejść do niej ostrożnie. Czuję, że skradam się jak drapieżnik, który nie chce spłoszyć swojej ofiary. Mój plan podejścia do niej niepostrzeżenie rujnuje pieprzony refren “Lemon tree”, który ustawiłam sobie jako budzik. Połączenie tej beztroskiej, delikatnej piosenki wraz ze spojrzeniem, jaki rzuca na mnie Kaśka daje bardzo dziwny, komiczny wręcz efekt, i może w innych okolicznościach byłoby mi do śmiechu.
Co ty tu robisz? pyta, kiedy udaje mi się wreszcie wyłączyć muzykę. Jest kompletnie przerażona.
Uspokoję cię. To nie żadne kosmiczne przeznaczenie, że się tu znalazłam. Ktoś mi powiedział, że tutaj właśnie będziesz.
Paweł stwierdza po chwili ochrypłym głosem.
Skoro tak ma na imię…
 Ale jak…?
Słuchaj przerywam jej to naprawdę nie jest teraz istotne. Możesz mi powiedzieć, co ty właściwie odpierdalasz? Co w ogóle miał znaczyć ten list? Co ty sobie myślałaś?
Spuszcza głowę, nie chcąc patrzeć mi w oczy. W ogóle nie spodziewała się, że do tej rozmowy kiedykolwiek dojdzie. Naprawdę chciała już na zawsze mnie opuścić. To tylko motywuje mnie do tego, by narzucać jej dalej:
Naprawdę chciałaś tak po prostu wyjechać, nie powiedziawszy ani słowa?
Przecież powiedziałam protestuje cicho płaczliwym tonem dziecka z podstawówki spierającego się o coś z nauczycielką.
Tak, powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A potem uciekłaś.
A co miałam zrobić? Prawie krzyczy, podnosząc na mnie wzrok przepełniony gniewem i smutkiem. Powiedziałam ci to, bo… bo…
Bo myślałaś, że rzucę ci się na ramiona, razem uciekniemy gdzieś na koniec świata i będziemy żyć długo i szczęśliwie?
Przestań!
To ty przestań! odkrzykuję. Przestań zachowywać się jak dziecko! To, że coś nie układa się po twojej myśli, nie oznacza, że od razu musisz od tego uciekać. To, że nie czuję tego co ty, nie znaczy, że tak po prostu pozwolę ci odejść. Jesteś moją przyjaciółką, do jasnej cholery! Nie mogę tak łatwo o tobie zapomnieć i zacząć żyć bez ciebie! Nie pomyślałaś o tym, że ja też mam uczucia? Że ten twój cały wyjazd też nie jest mi na rękę?
Wybucha płaczem na całego, więc przerywam, choć nie powiedziałam jeszcze wszystkiego, co chciałam. Nie miałam zamiaru doprowadzić jej do takiego stanu. Czasami zapominam jak emocjonalnie kruchym i wrażliwym jest człowiekiem. Prawdę mówiąc, jest to pierwszy raz w życiu, kiedy tak na nią nakrzyczałam. Nawet przy jej próbach samobójczych byłam bardziej ostrożna i delikatna w doborze słów. Ale teraz wyrzuciłam z siebie to, co chciałam i czuję, że sprawiło to ulgę zarówno mnie, jak i jej, choć ona pewnie jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Przepraszam mówi w końcu, płacząc cicho. Przepraszam, że nie chciałam się z tobą pożegnać… ale było mi tak wstyd, tak cholernie wstyd… Nie wiem, co sobie myślałam, mówiąc ci, że cię kocham. Boże, jestem taką kretynką!
Chowa twarz w dłoniach, dalej cicho łkając. Mimo całej tej złości, jaką na nią czuję, nie mogę tak po prostu stać nad nią i patrzeć jak płacze. Przysiadam obok niej, jedną ręką obejmując jej ramię, a drugą gasząc jej niedopałek i delikatnie przyciągam ją do siebie. Nie protestuje. Wtula swoją twarz w miejsce między moim ramieniem a głową, a ja głaszczę ją powoli po włosach, jak robiłam to tysiące razy, kiedy była smutna i potrzebowała wsparcia. Siedzimy tak do czasu, aż jej oddech się uspokoi, a łzy wyczerpią, co nie następuje zbyt szybko.
Więc co zamierzasz teraz zrobić? pytam, przypominając sobie treść listu, jaki od niej wczoraj otrzymałam. Dalej chcesz uciec?
Podnosi się powoli. Jest cała zapłakana. Pewnie zasmarkała mi całą kurtkę, ale na szczęście tego nie czuję.
Nie jadę do żadnej Holandii. To jest pewne. mówi, po czym smarka głośno w chusteczkę, którą wygrzebała z kieszeni.
Holandia wypowiadam powoli, smakując to słowo. Nie chcesz jechać do kraju, który jako pierwszy w Europie zalegalizował związki homo. Cóż za ironia losu.
Zamknij się mówi, śmiejąc się. Nie jestem lesbą.
W takim razie jesteś bi.
Nie - krzywi się. Lubię chłopców. A ty spogląda na mnie ty to wyjątek.
Patrzymy na siebie w milczeniu. Wciąż nie rozumiem uczucia, jakim mnie darzy, ale jestem pewna, że nie jest to miłość. Mówię więc:
Wiesz co, Kasiu? Myślę, że trochę się pogubiłaś. Ja rozumiem, że ta sytuacja jest dla ciebie ciężka, a ja jestem prawdopodobnie jedyną bliską ci osobą, ale to co ty czujesz… to nie jest miłość, o jakiej myślisz, że jest…
Nie byłabym tego taka pewna mówi, obdarzając mnie śmiałym, wyzywającym spojrzeniem.
Jest w nim coś dziwnego. Jakiś błysk, jakaś iskierka pożądania. Zastanawiam się, czy wcześniej też tak na mnie patrzyła, a ja po prostu tego nie dostrzegałam, czy może dopiero teraz odważyła się na takie, jakby nie było, uwodzicielskie spojrzenie. Nie wiem, ale czuję się z tym nadzwyczaj nieswojo.
Kaśka otwiera usta, już chcąc coś dopowiedzieć, ale akurat ten moment wybrał sobie gościu zwany Pawłem do tego, by się pojawić. Z jednej strony w duchu mu dziękuję, że wydostał mnie z tej niezręcznej sytuacji, ale z drugiej żałuję, iż nie dane było mi usłyszeć tego, co Kaśka miała mi do powiedzenia, bo czułam, że mogło to być coś istotnego.
Jesteś mówi na jego widok.
Jestem odpowiada.
Stoi kilka kroków za nami z uśmiechem przylepionym do twarzy. Wygląda inaczej niż w noc, kiedy po raz pierwszy go widziałam. emanuje bowiem od niego jakaś pozytywna energia; nie wydaje się już tak zmęczony życiem i przybity. A może to po prostu alkohol wyssał wtedy z niego tę energię, a poza tym zawsze taki jest. W każdym razie teraz stoi tylko i wpatruje się w Kaśkę z urzeczeniem. Wygląda, jakby wreszcie dotarł do celu swojego życia, jakby właśnie Kaśka nim była.
Patrzę na nią sceptycznie. Na jej twarzy również widnieje ten sam wyraz zaciekawienia i szczęścia. Niepokoi mnie ta wymiana spojrzeń między nimi. Zachowują się, jakby znali się od lat, jakby więź ich łącząca była niezwykle intymna i swobodna, a przecież podobno widzą się dopiero drugi raz w życiu. Nie rozumiem tego, ale nie podoba mi się to.
To co teraz robimy? pytam, wcześniej chrząkając znacząco, by jakoś przerwać to ich denerwujące dotykanie się spojrzeniami.
Cześć, Marta mówi, jakby dopiero teraz mnie zauważył. Nie odpowiadam, tylko wpatruję się w niego uważnie.
– Skąd wy się tak właściwie znacie? pyta Kaśka.
O to samo ciebie mogłabym zapytać mruczę w jej stronę, posyłając jej spojrzenie, które ona zwykła nazwać “wzrokiem grozy”. W tych okolicznościach jednak nie ulega pod jego wpływem.
Spotkaliśmy się przypadkiem tłumaczy Paweł. To znaczy… ja i Marlena.
Och, więc dla niego jesteś Marleną, przechodzi mi przez głowę. Patrzę na nią i domyślam się, że pomyślała o tym samym, bo spuszcza wzrok, jakby wstydząc się, że nie podała mu ksywki, jaką jej wymyśliłam, tylko przedstawiła się prawdziwym imieniem. Ale przecież nie mogę mieć jej tego za złe.
Więc dlaczego czuję się z tym źle? Jakby Marlena wyrzekając się bycia nazywaną przez innych Kaśką, wyrzekła się także siebie, swojego dawnego życia, a co się z tym wiąże mnie.
A z Martą spotkaliśmy się, żeby wyjaśnić sobie to, czego ty nam nie wytłumaczyłaś.
Kaśka patrzy na mnie z oburzeniem.
Powiedziałaś mu? syczy.
Tak, powiedziałam mu, że wyjeżdżasz mówię, specjalnie kładąc nacisk na ostatnie słowo, by wiedziała, że Paweł nie wie nic o tym lesbijskim czymś, jakie odbywa się między nami. Na jej twarzy gości ulga.
Ale jak wy się właściwie umówiliście? pyta zdezorientowana. Przecież…
Och, nieistotne przerywam jej. Lepiej powiedz w końcu, co teraz robimy. Po co w ogóle kazałaś mu tu przyjść?
Macham ręką w kierunku Pawła, na co on spogląda na mnie urażony, ale nie mówi nic; też jest ciekawy, jaki właściwie może mieć wkład w całą tę sytuację.
To… to trochę głupie mówi speszona. Wtedy nie myślałam racjonalnie i od razu jak się pożegnaliśmy pożałowałam tego, że kazałam ci tu dzisiaj przyjechać… Ale ostatecznie przyszłam tu, żeby ci wszystko wyjaśnić i powiedzieć, że właściwie do niczego nie jesteś mi już potrzebny, bo przecież nie mogę od ciebie czegoś takiego wymagać… To takie głupie.
Paweł patrzy na nią skonfundowany. Ja, prawdę mówiąc, też pogubiłam się w jej słowach i czekam, aż doda coś więcej.
No to do czego właściwie byłem ci potrzebny? ponagla ją.
Ja... chciałam… wzdycha głośno i kontynuuje już bez zająknięcia Jak już wiesz, miałam dzisiaj na stałe przeprowadzić się z rodziną do Holandii, ale ja naprawdę nie chcę tam jechać, więc postanowiłam, że zostanę tutaj, w Polsce. Nie mam jeszcze osiemnastu lat, więc nie mogłabym tak po prostu mieszkać i sama się utrzymywać. Matka by mi na to zwyczajnie nie pozwoliła, co jest głupie, bo i tak od wielu lat radzę sobie bez jej pomocy i żyję tak, jakbym i tak była sama, ale to nie istotne. Postanowiłam więc, że ucieknę. A ty miałeś mnie zawieść gdzieś daleko poza miasto, bym mogła zacząć od nowa.
Po jej krótkim monologu następuje chwila ciszy, którą nagle przerywa zadowolony z siebie Paweł, zwracając się do mnie z okrzykiem:
Ha! Widzisz? Wiedziałem, że chce uciec!
Szczerzy się, jakby brał udział w jakimś quizie, a ta odpowiedź miała zapewnić mu wielką wygraną. Zaraz jednak poważnieje, kiedy widzi, że nam nie jest wcale do śmiechu.
Sorki…
I znów następuje cisza. Każde z nas zastanawia się, co zrobić w tej popapranej sytuacji. Wciąż nie może dotrzeć do mnie fakt, że Kaśka naprawdę uważała pomysł z ucieczką za coś realnego, mimo że wiedziałam już o tym wcześniej z listu. To wydaje się tak nieprawdopodobne… tak idiotyczne… tak nierealne… że aż w pewnym stopniu kuszące.
O której wyjeżdżają do tej Holandii? pytam.
Powinni być już w drodze. Spakowałam co najważniejsze i wyszłam z domu jeszcze w nocy, zostawiając matce list, tak jak ci mówiłam.
Czekaj odzywa się Paweł więc ty z tą ucieczką tak na serio?
Patrzymy na niego z politowaniem. Trochę mi go żal, bo nie ma pełnego obrazu sytuacji i  nie wie tak naprawdę, co się dzieje. Wydaje się być jednak szczerze poruszony.
Tak, ale naprawdę nie będę cię już w to mieszać. Przepraszam, że tak wyszło.
Paweł z wrażenia zaczął chodzić tam i z powrotem, aż w końcu usiadł na trawie naprzeciwko nas. Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, ile może mieć lat, ale teraz, kiedy mogę zobaczyć go z bliska, widzę, że musi być od nas trochę starszy i niepokoi mnie ten fakt. Ludzie w jego wieku zazwyczaj myślą racjonalniej niż nastolatkowie, dlatego boję się, że zaraz wyskoczy z takim właśnie super mądrym pomysłem, że np. dzwoni na policję albo do Kaśki matki, co nie bardzo byłoby mi na rękę, jako że coraz bardziej zaczynam przekonywać się do tego, czy by z nią gdzieś nie spierdolić od tego gównianego życia…
Posłuchaj, stawiasz mnie w bardzo trudnej sytuacji zaczyna, po raz pierwszy dzisiaj wyglądając zupełnie poważnie. Jeśli teraz odejdę, do końca życia będę się czuł winny, że zostawiłem dwie małolaty na pastwę losu. Ale z drugiej strony nie mogę z wami nigdzie pojechać wywieźć gdzieś z dala od rodziców, żebyście żyły jak jakieś brudne hipiski, bo to też nie byłoby zbyt w porządku.
Zastanawia mnie, dlaczego używa liczby mnogiej. Przecież nie deklarowałam na głos, że gdziekolwiek z nią pojadę.
Pozostaje mi więc tylko jedna opcja: nakłonić ciebie wskazuje palcem na Kaśkę do wyjazdu do Holandii, a ciebie przenosi palec na mnie do pozostania tutaj.
To ci się nie uda stanowczo mówi Kaśka. Nie jadę do żadnej Holandii.
Dobra, no to… to może… może porozmawiasz jeszcze ze swoimi rodzicami? Może pozwolą ci zostać w Polsce pod opieką jakiegoś krewnego, czy przyjaciela?
To nie przejdzie odpowiada. Poza tym już za późno. Pewnie już dawno są w drodze do Holandii.
Och, daj spokój Nie dowierza Paweł. To twoi rodzice! Jacykolwiek by nie byli, na pewno nie wyjechaliby bez ciebie i teraz pewnie szaleją ze strachu.
Mam tylko matkę podkreśla ostro. I nie znasz jej, nie wiesz jak się zachowa.
No dobra, ale ja ją trochę znam i też nie wydaje mi się, by mogła tak po prostu wyjechać bez swojej córki. Bądź co bądź, jest matką, i jakieś tam matczyne instynkty powinna mieć, a która matka zostawiłaby swoje dziecko w innym kraju, bez pieniędzy, pracy i nikogo, do kogo mogłoby zgłosić się po pomoc?
Nie mówię jednak nic. Czekam, co teraz postanowi Paweł, ale wygląda, jakby skończyły mu się już rozsądne pomysły albo po prostu zawsze ma taki głupawy wyraz twarzy.
Naprawdę przepraszam, że cię w to wszystko wmieszałam mówi Kaśka raz jeszcze. Ale nie musisz się o mnie martwić, ja sobie dam radę. Na pewno nie będę żadną brudną hipiską. O to możesz być spokojny.
Chyba nie myślisz, że teraz tak po prostu sobie pójdę, co?
Jak to nie? Patrzę na niego zaniepokojona. Boję się tego, co może dalej paść z jego ust.
Tak naprawdę wciągnęłaś mnie w to wszystko już w dniu, kiedy się poznaliśmy. Wiedziałem, że to nie będzie zwykła znajomość, że nie jesteś taka… oczywista.
Kaśka gapi się na niego maślanymi oczami, jakby właśnie rzucił jej najpiękniejszy komplement pod słońcem, a on po prostu w ładny sposób powiedział jej, że jest bardziej pojebana od większości znanych mu ludzi i właśnie tą swoją pojebalnością wywróciła jego życie do góry nogami. Co w tym romantycznego?
Cokolwiek teraz postanowisz kontynuuje, wpatrując się w nią z powagą ja będę cię w tym wspierał. Nie odejdę, nie mógłbym nawet… Cholera, ciekawość mnie zżera, co z tobą będzie, dziewczyno. Nie mogę tak po prostu o tobie zapomnieć i wrócić do swojego życia. To byłoby głupie. Czuję, że nie spotkałem cię przez przypadek. Że wpadłaś do mojego życia w jakimś konkretnym celu, w najbardziej odpowiednim do tego momencie. Że jesteś potrzebna do tego, bym się czegoś nauczył, coś sobie uświadomił, przeżył coś niezwykłego. Że po prostu muszę przy tobie być.
Dobra, teraz to już go trochę poniosło. Czuję się, jak w jakimś kiepskim filmie romantycznym i pozostaje mi tylko dziękować reżyserowi, że nie zostałam w ten durny, miłosny wątek uwikłana.
No więc? Jaka decyzja? pytam zniecierpliwiona Kaśkę, bo nie mogę znieść tego ich wpatrywania się w siebie bez słów. Jedziemy, czy nie?
Mam wrażenie, że na moje słowa przeszedł nią dreszcz. Wyrywa się z hipnozy, jaką są dla niej oczy Pawła i kieruje wzrok na mnie, nie rozmarzony i wzruszony, ale trzeźwy i świadomy, lekko nawet przestraszony.
Zaraz… jak to “my”? Ty nigdzie nie jedziesz!
Chyba nie myślałaś, że puszczę cię gdzieś na drugi koniec świata z tym kretynem, którego w dodatku ledwo znasz?
Ale…
Nie ma żadnego ale. Podjęłam już decyzję. Albo jedziemy razem albo nie jedziesz wcale, a ja już dzwonię do twojej matki.
Chyba sobie żartujesz…
Kaśka, posłuchaj mnie.
Kładę jej ręce na ramiona i potrząsam nią lekko, by spojrzała mi w oczy. Chcę nawiązać z nią choć odrobinę intymności, której przez obecność Pawła niestety nam brak.
Niezależnie od tego, co się między nami wydarzyło w ostatnich dniach, ja wciąż jestem twoją przyjaciółką. Nie pozwolę ci tak po prostu odejść. Nie wytrzymałabym z troski i tęsknoty do ciebie… Ja wiem, że ten pomysł z ucieczką i rozpoczęciem nowego życia jest poroniony i kompletnie idiotyczny, ale jako że to ja zawsze w naszej przyjaźni byłam tą niemyślącą racjonalnie, wiecznie namawiającą cię do głupot kretynką, to zgadzam się. Zgadzam się na wszystko, co teraz postanowisz, niezależnie od konsekwencji, byleby tylko być przy tobie i pilnować tej twój zasrany tyłek.
Chyba udało mi się do niej dotrzeć, bo nie stawia już żadnego oporu, bezskutecznie wiercąc ramionami, tylko spuszcza wzrok i kiwa głową z namysłem. Puszczam ją i zerkam na Pawła, którego mina jest głupawa bardziej niż zwykle - nie ma pojęcia, co się tutaj przed chwilą wydarzyło. Czeka aż mu coś rozjaśnimy w głowie, ale ani Kaśka, ani ja się nie odzywamy. Dopiero po chwili z jej ust pada jedno, treściwe i mocno brzmiące słowo, od którego aż coś przelewa mi się w brzuchu.
Dobra.
Co dobra? dopytuję.
Dobra jedźmy. Chyba wiem, gdzie możemy się na razie udać, a potem obmyślić jakiś większy plan.
Mimo że jej słowa są swego rodzaju nawołaniem do działania, żadne z nas nie rusza się z miejsca. Siedzimy jak sparaliżowani, wgapiając się w siebie ze słabo krytym przestrachem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z głupoty, jaką zamierzamy popełnić, ale nie protestujemy dzielnie brniemy w nią dalej, mimo tych wszystkich obaw i głosu rozsądku, jakie snują nam się gdzieś w czeluściach mózgów.
No to co… jedziemy? pytam w końcu.
Jedziemy potwierdza Kaśka.
Wstajemy we tróję, ale zanim zdążymy gdziekolwiek się udać, odzywa się wreszcie Paweł:
Muszę coś wiedzieć, zanim wyjedziemy… Czy ty podałaś mi swoje nieprawdziwe imię? Zwraca się z tym pytaniem do Kaśki, na co my patrzymy na siebie i zgodnie wybuchamy śmiechem.
O dziwno nie odpowiada szczerze rozbawiona. Naprawdę mam na imię Marlena.
Paweł dalej nic nie rozumie, o czym świadczy jego dziwna mina, z której wciąż mamy ubaw. Sporo rzeczy trzeba mu będzie po drodze wytłumaczyć, zgrabnie omijając fakt, że Kaśka jest we mnie zakochana.
Śmiejemy się, idąc za Pawłem, który niepewnie prowadzi nas w stronę swojego auta. Żadne z nas się nie odzywa, ale kiedy się przy nim zatrzymujemy, chłopak rzuca na nas zaniepokojone spojrzenie, więc pytam:
Jesteś pewny, że jesteś na to gotowy?
Niczego już nie jestem pewny mówi, uśmiechając się. – Może jedynie tego, że to będzie ciekawa podróż.
Zdecydowanie. Spoglądam na Kaśkę, która przestała się śmiać i widzę, że patrzy na niego intensywnie. Znów mają ten swój moment oczy-oczy, kiedy to rozumieją się bez słów. Zaczyna mnie to poważnie denerwować.
Ponaglam ich, jako pierwsza wsiadając do auta. Zapinam pasy, a gest ten wywołuje we mnie dziwne uczucie. Mam bowiem wrażenie, jakbym oddzielała się tym pasem od dotychczasowego życia. Teraz wszystko się zmieni. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale czuję, że ta podróż będzie wyjątkowym przeżyciem. Czymś, czego nie zapomni żadne z nas. Czuję się podekscytowana. Czuję się wolna. Samochód rusza, a ja pierwszy raz od dawna czuję się naprawdę dobrze.
Wolna, szczęśliwa, podekscytowana czuję, że żyję.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


____________________________

Dobra, jako że jest to już koniec pierwszej części, to chciałabym w tym miejscu bardzo podziękować tym, którzy aż tutaj dotarli i którym czytanie mojego tworu dostarczyło choć odrobinę przyjemności. Fajnie jest mieć dla kogo pisać :) Nie wiem, kiedy do was wrócę z drugą częścią, może to trochę potrwać, bo muszę sobie obmyślić parę spraw, ale wrócę na pewno! Byłoby mi bardzo miło usłyszeć od was jakieś końcowe przemyślenia na temat tego, co się w opowiadaniu dotychczas wydarzyło. Co wam się podoba najbardziej, co najmniej? Co myślicie o bohaterach? Piszcie i trzymajcie się ciepło!

piątek, 1 lipca 2016

3.4

Kiedyś postanowiłyśmy sobie z Kaśką sprzeciwić się szerzącej się demoralizacji naszego pokolenia związanej z rozwojem technologii komputerowej i telefonicznej. Podczas gdy nasi rówieśnicy odkrywali niesamowite korzyści płynące z posiadania Facebooka, instagrama i innych odmóżdżaczy, my stosowałyśmy tradycyjne metody w komunikowaniu się i poznawaniu świata. Naszą ulubioną było pisanie listów. Nie wysyłałyśmy ich przez pocztę, tylko osobiście zostawiałyśmy je w skrzynce. Było to głupie, bo równie dobrze mogłyśmy zapukać i powiedzieć sobie wprost to, co napisałyśmy, ale sprawiało nam to ogrom frajdy. Ustaliłyśmy nawet własny szyfr, aby w razie przechwycenia listu przez nieodpowiednią osobę, sprawić czytającemu trudność. Polegał on na tym, że każdą literę zastępowało się kolejną, jaka stoi po niej w alfabecie. Wyraz “dom”, na przykład, dla nas wyglądał “epn”. Nasze imiona natomiast zastąpiłyśmy ksywkami, które w ogóle do nas nie pasowały. Kaśka była Groźną, a ja Okularnicą.
Nasz pomysł długo nie przetrwał i dość szybko wróciłyśmy do Internetu, bo tak zwyczajnie było prościej. Jednak w chwili gdy nie miałyśmy do niego dostępu lub po prostu chciałyśmy wrócić na chwilę do tych beztroskich i szalonych czasów, zostawiałyśmy list w skrzynce, którą zaś przyozdabiałyśmy liściem lub kwiatkiem tak, aby był dość widoczny i dawał znać o nowej wiadomości.
Niezwykłym więc dla mnie zaskoczeniem jest zobaczyć dziś ten widok po raz pierwszy od prawie trzech lat. Podbiegam szybko do skrzynki, by utwierdzić się w przekonaniu, że to, co z daleka wyglądało na kępkę wystającej trawy rzeczywiście nią jest, a następnie jak w transie biegnę do domu po kluczyk, myśląc gorączkowo o tym, co może zawierać treść listu.
Ręce mi się trzęsą, przez co proces wyciągania pustej, niezaadresowanej koperty ze skrzynki wcale nie należy do najłatwiejszych. Kiedy wreszcie mi się udaje, wpadam do domu jak szalona, nieudolnie rozrywając papier. Udaję mi się to dopiero w moim pokoju, a na widok ciągu niezrozumiałych na pierwszy rzut oka słów moje oczy zabiegają się łzami. Roztrzęsiona siadam przy biurku, wyjmuję czystą kartkę, na którą przepisuję list, aby potem móc w całości go przeczytać. Staram się nie myśleć nad sensem przepisywanych przeze mnie słów. Robię to dopiero po skończeniu przepisywania.

Droga Okularnico!
Piszę ten list, bo nie mam odwagi, by znów się z tobą spotkać, a mam Ci do przekazania coś bardzo ważnego. Jak już wiesz, matka dostała pracę w Holandii, gdzie chce z nami zamieszkać, ale nie martw się, ja nie zamierzam się tam tak łatwo zaciągnąć. Do niej również napisałam list (już nie tak uprzejmy i taktowny), w którym namawiam ją do tego, by wyjechała z Jaśkiem beze mnie i się mną nie przejmowała, bo jej nienawidzę i takie tam. Nie wiem jednak, czy mnie posłucha, stąd też moja prośba do Ciebie: musisz zrobić wszystko, co w Twojej mocy, aby nakłonić ją do wyjazdu. Jeśli Ci się to uda, mam też drugą prośbę: zapomnij o mnie. Nie szukaj mnie, nie próbuj się kontaktować, nie mieszaj w to żadnych ludzi. Po prostu zapomnij. Bo to, że nie wyjeżdżam do Holandii, nie oznacza, że zostanę tutaj. Mam pewien plan i uda mi się go zrealizować pod warunkiem, że nie będę miała na karku szukającej mnie policji, więc błagam Cię, dopilnuj, żeby matka nie zgłosiła zaginięcia i po prostu odjechała. Myślę, że mój list do niej jest na tyle dosadny, że powinien załatwić sprawę, ale jeśli nie wszystko leży w Twoich rękach. Mną się nie przejmuj. Ja sobie poradzę. W końcu zawsze musiałam radzić sobie sama. Nic nowego.
Wiem, że proszę o wiele i nawet nie masz pojęcia, jak ciężko mi było zwrócić się do Ciebie o pomoc, po tym co Ci powiedziałam, ale uświadomiłam sobie, że jesteś jedyną ważną dla mnie osobą i tylko na Ciebie mogę liczyć. Proszę Cię, nie zawiedź mnie. Spełnij swój przyjacielski obowiązek i pomóż mi, a obiecuję, że zniknę z Twojego życia na zawsze. Wciąż jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale nie jestem w stanie powrócić do tego, co było dawniej, więc najlepiej będzie, jeśli po prostu odejdę.
Żyj swoim życiem, zakochaj się, ukończ szkołę i bądź szczęśliwa. Z czasem przestaniesz o mnie myśleć, ale wiedz, że ja nigdy o Tobie nie zapomnę. Dziękuję Ci za to, że byłaś dla mnie prawdziwym przyjacielem, a przede wszystkim za to, że nieświadomie nauczyłaś mnie, co to znaczy kochać. Napisałabym na koniec, że całuję Cię i ściskam, ale obie wiemy, jaki miałoby to teraz wydźwięk, więc po prostu trzymaj się!

Twoja na zawsze,
Groźna

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu? Pojebało cię, Kaśka. Przeczytałam tekst kilkakrotnie i za każdym razem myślałam to samo: pojebało ją.
Ona naprawdę chce uciec? I naprawdę sądzi, że może jej się to udać? Cóż za kretyński, idiotyczny, naiwny, samolubny, dziecinny, nierealny, niewykonalny, poroniony pomysł! Aż trudno uwierzyć, że wpadła na niego jedna z lepszych uczennic w klasie. Ta rozsądna, która zwykle myśli zanim coś zrobi. Ta, która wszystkich wkoło krytykuje i poprawia, uważana powszechnie za inteligentną i błyskotliwą. Też mi coś! Infantylność tego pomysłu w połączeniu z trzeźwo myślącą Kaśką sprawia, że chce mi się śmiać, i gdybym nie była tak wstrząśnięta i oburzona, na pewno już tarzałabym się po podłodze w spazmach śmiechu.
Zamiast tego siedzę tylko, wpatrując się tępo w kartkę papieru, jakbym czekała, aż ta powie mi coś jeszcze. Niestety nic więcej nie jestem w stanie z niej odczytać. Mogę mieć tylko nadzieję, że wielkim planem Kaśki jest chłopak, którego spotkała na wagarach. Wtedy wszystko będzie do odratowania. Razem z nim przekonam tę kretynkę, że nie może nigdzie uciec, bo jest jeszcze głupim dzieciakiem, które potrzebuje rodziny, szkoły, domu i normalnego życia, a nie wałęsania się gdzieś samotnie po świecie bez żadnego większego celu. I wpakuję ją do tego samolotu, auta, traktora, czy czym tam ma się dostać do tej pieprzonej Holandii, choćby na siłę, bo mimo tego, że nie chcę się z nią rozstawać, to wolę, by miała zapewnione bezpieczne życie z rodziną, której nie kocha, niż plątała się gdzieś po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia i schronienia.
Tak właśnie zrobię. Tylko im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzi do mnie, że nie zdołam jej przekonać, jak już na coś się uparła. A jeśli jednak jakimś cudem uda mi się wysłać ją do Holandii, pewnie już po tygodniu dostanę wiadomość o jej śmierci. Bo jeśli ktoś, kto kiedyś próbował się zabić, w dalszym ciągu nie jest zadowolony ze swojego życia, będzie próbował odebrać je sobie aż do skutku lub do momentu aż to szczęście osiągnie. Z samobójcami trzeba postępować ostrożnie. Należy przekonać ich, że życie jest piękne, niezależnie od tego, jak wielkim kłamstwem są według nas te słowa. W pewnym sensie czuję teraz na sobie odpowiedzialność za życie Kaśki. Jeśli dojdzie jutro do naszego spotkania, to właśnie ode mnie i od słów, których użyję zależeć będzie, co dalej postanowi.
Najprościej byłoby powiedzieć jej, że ją kocham. Wtedy może zapomniałaby o swoim nieszczęściu, przytłoczona ogromem mojej miłości, i trwałybyśmy razem w lesbijskim, udawanym z mej strony związku aż do końca naszych dni, a ja przez cały ten czas żyłabym w kłamstwie i niezgodzie z samą sobą. Cóż, chyba nie do końca jestem gotowa na takie poświęcenie.
Jest też druga opcja, by uchronić Kaśkę przed samobójstwem, ale co do jej skuteczności nie jestem przekonana. Mogę się tylko domyślać, czy byłoby to dla niej dobre rozwiązanie, godne dalszego życia. A mianowicie chodzi mi tu o tego jej wagarowego chłoptasia, z którym to widziałam się przedwczoraj. Gdyby udało mi się bowiem ich zeswatać, Kaśka wreszcie doświadczyłaby tego cudownego w jej mniemaniu uczucia bycia z kimś w związku, którego od zawsze tak usilnie pragnęła.
No byłoby cudownie, tyle że ten plan ma jedną, dość istotną lukę nie mam bladego pojęcia, czy on jej się w ogóle podoba. Nie miałam okazji z nią na ten temat porozmawiać. Co do uczuć chłopaka natomiast nie mam większych wątpliwości. Gdyby nie był Marleną zainteresowany, to nie pisałby do mnie, nie spotkały się, nie drążyłby tak uporczywie do poznania jej tajemnicy. Ogółem mówiąc, widać, że jest nią w jakiś sposób zaintrygowany i nawet jeśli nie jest to jeszcze nic na kształt miłości, to znajduje się na dobrej drodze, aby ją kiedyś tym uczuciem obdarzyć. I ma nawet moje błogosławieństwo. O ile tylko ograniczy alkohol. Nie pozwolę Kaśce być z kimś, kto ma skłonności do picia. Jednego już takiego alkoholika w życiu miała i więcej nie potrzebuje.
Takimi durnymi myślami dręczę swój umysł całe popołudnie. Czasami dziwię się samej sobie, że potrafię godzinami po prostu siedzieć i myśleć. Niektórzy już dawno by się znudzili i znaleźli zgoła ciekawszą rozrywkę. Mi natomiast nie przeszkadza samotność, wręcz przeciwnie zdążyłam już do niej przywyknąć, oswoić się z nią, polubić.
Nie zawsze jednak jestem sama. Niekiedy bywa tak, że siadam przed lustrem i wyobrażam sobie, że osoba, która na mnie patrzy to siedemnastoletnia Baśka. Oczywiście ona wyglądałaby w tym wieku całkiem inaczej. Wciąż nosiłaby długie, złocistorude fale, twarz ubarwiałaby makijażem, a chudą sylwetkę podkreślałaby kusymi strojami, by przyciągnąć uwagę facetów, a w dziewczynach wzbudzić zazdrość.
Tak ją w moich myślach widzę i z taką Baśką prowadzę nieme rozmowy. Opowiadam jej o moim życiu, a ona słucha z krzywym uśmiechem na twarzy, co chwile chichocząc. Tyle że moja wyobraźnia też ma swoje granice, więc nie jest to zmysłowy śmiech młodej kobiety, tylko piskliwy rechot dwunastoletniej dziewczynki, jaki pamiętam z dzieciństwa. I za każdym razem, gdy słyszę w głowie ten dźwięk, Baśka z lustra na nowo zamienia się w to dziecko. Dziecko, które zostało tak okrutnie potraktowane przez życie i odeszło, zanim zdążyło w pełni go zasmakować. I za każdym razem, gdy to się dzieje, dopada mnie wściekłość, że nie mogę nic zrobić, że nie mogę przenieść się w czasie o te kilka lat i ostrzec siebie przed tym, co ma się stać.
To moja wina. Zabiłam ją i teraz muszę z tym żyć. Znosić jej spojrzenie, jakie przesyła mi w lustrze. Bo choć fizycznie umarła, wiem, że w pełni nie zniknęła. To ona na mnie teraz patrzy. Jestem tego pewna. I mogę próbować zmieniać się ile chcę farbować włosy, robić piercing, golić brwi to nie ma znaczenia. Jej spojrzenie wciąż pozostanie takie samo: osądzające, pełne żalu i smutku, a ja nigdy przed nim nie ucieknę, choćbym nie wiem jak bardzo próbowała.

* * *

Wieczorem wracają rodzice. Nie schodzę do nich, żeby porozmawiać, zjeść wspólnie kolację, spytać jak minął im dzień. Nie czuję takiej potrzeby. Moim planem na resztę tego dnia jest siedzieć we własnym kokonie rozmyślań, które ograniczają się do ewentualnych słów, jakie mogłabym powiedzieć Kaśce, gdyby udało mi się z nią jutro spotkać. Oni jednak przerywają te moje daremne próby. Wtargają do mojego pokoju, co nie jest zjawiskiem codziennym. Prawdę mówiąc, zdarza się to w naprawdę wyjątkowych sytuacjach jak na przykład przekazanie wiadomości o śmierci jakiegoś krewnego, którego ledwo znałam, czy krótka rozmowa wychowawcza na temat drobnego przestępstwa, jakiego się dopuściłam.
Nie wiem, o co tym razem może chodzić, więc zaciekawiona podnoszę wzrok, ale w drzwiach stoi tylko ojciec, a on nigdy dotąd nie zdobył się sam na poważną rozmowę ze mną, więc wpatruję się w niego z coraz większym zaintrygowaniem w oczekiwaniu, aż wreszcie się odezwie.
Wygląda na zmęczonego. Kiedy na niego spoglądam wydaje mi się smutny, choć nie mogę stwierdzić tego na pewno, bo on szybko peszy się pod wpływem mojego spojrzenia i zamyka delikatnie drzwi, po czym przemierza w kilku krokach pokój, by w końcu usiąść sztywno obok mnie na łóżku.
Bije od niego jakaś dziwna niezręczność. Jakby rozmowa z własną córką sprawiała mu kłopot, peszyła go. Chciałabym mu dodać otuchy, pokazać, że przecież nie gryzę, ale nie wiem nawet jak się do tego zabrać. Również jestem jedną wielką kupą niezręczności i nieudolności w okazywaniu emocji. Chyba mam to po nim.
Powiesz mi, co się ostatnio z tobą dzieje? Nie patrzy mi w oczy, kiedy to mówi. Nie bardzo rozumiem, o co mu chodzi i jakiej odpowiedzi ode mnie oczekuje, więc po prostu milczę.
Dzwonili do mnie ze szkoły tłumaczy. Masz mnóstwo uwag, nieobecności… Wzywają nas na rozmowę. Nie wiedzą, co z tobą zrobić.
Sama nie wiem co ze sobą zrobić, przechodzi mi przez myśl, ale wciąż nic nie mówię.
Masz jakieś problemy z koleżankami? dopytuje. Kłopoty sercowe?
Ja nie mam koleżanek, tato wypalam, choć planowałam milczeć.
Ale wewnętrznie aż krzyczę. Ten człowiek w ogóle mnie nie zna. Naprawdę wierzy w to, że jestem przeciętną nastolatką, która wraz z bandą amatorskich dziwek plotkuje w szkolnych kiblach na temat facetów, których udało jej się poderwać na ostatniej imprezie.
Mój problem z koleżankami polega na tym, że ich nie mam, a jedyny kłopot, jaki mogę mieć z sercem, to zastanawiać się, czy w ogóle jakieś mam.
Przestań, to nieprawda mówi speszony A ta Kasia? Może to o nią chodzi? Pokłóciłyście się?
Nie.
Mój ojciec uważa Marlenę za Katarzynę tylko dlatego, że ja nazywam ją Kaśką. Nawet nigdy nie starał się jej poznać, nie pytał mnie o nią, ani też o żadnych innych moich znajomych. Ma gdzieś moje życie prywatne, więc po co w ogóle ta rozmowa? Nagle, po pięciu latach ciszy, włączył mu się tryb dobry ojciec?
Więc jednak chodzi o chłopaka? Posłuchaj, to nie koniec świata, jeśli jakiś facet, który ci się podoba nie…
Przestań ciskam przez zęby, tłumiąc łzy. Zamknij się już, dobra?! Nie wiem, kto kazał ci tu przyjść odbyć tę chorą rozmowę psycholog szkolny, czy matka ale błagam cię, skończ już! Gówno o mnie wiesz i gówno cię to obchodzi! Po prostu nie chcesz mieć problemów, gdyby okazało się, że wywalą mnie ze szkoły, prawda? Myślisz, że tym pieprzeniem możesz coś zmienić prycham drwiąco. Ale wiesz co? Gówno możesz! Jedyne co ci teraz pomoże to iść do szkoły i załatwić problem, sypiąc kasą. Zawsze tak radzisz sobie z problemami, więc leć, na co czekasz?! Szybko! Spierdalaj mi z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć!
Ostatnie słowa wykrzykuję łamiącym się głosem i wybucham niepohamowanym płaczem. Nie chciałam tego. Nie chciałam okazywać przed nim słabości, ale nie mogłam się powstrzymać. Przez te kilka ostatnich dni zdarzało mi się już płakać z emocji, ale płacząc przed kimś, zwłaszcza jeśli ten ktoś jest mi bliski i dobrze mnie zna, czuję się słaba i obnażona; pozbawiona tej niewielkiej władzy, jaką jest zgrywanie twardej suki.
Na szczęście ojciec ma na tyle rozsądku, że nie stara się mnie uspokajać, czy wręcz przeciwnie kłócić się. Po prostu wycofuje się ostrożnie z pokoju, posyłając mi zlęknione spojrzenie, jakby wreszcie uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, kim tak naprawdę jest jego córka.

__________________________________

Eh, ja jak zwykle z opóźnieniem... ten i kolejny rozdział miały się tu pojawić przed wakacjami, no ale jak widać nie pykło xD Ale postaram się dodać ostatni rozdział pierwszej części mniej więcej za tydzień, choć nie obiecuję.
I wiem, że mam mnóstwo zaległości na waszych blogach, ale ostatnio mam takiego lenia, że nawet normalnych książek mi się nie chce czytać. Ba! Ja nawet filmów już z napisami nie oglądam, co to się dzieje ze mną...